Na rozwinięcie, którego wątku czekasz najbardziej? (Można zaznaczyć kilka odpowiedzi)

10.04.2014

Rozdział 6 - Polowanie na duchy



Rozdział 6 
Polowanie na duchy
 



(Dla większej przyjemności czytania polecam włączyć ten utwór)
Fever Ray - If I Had a Heart (Instrumental Cover)
            Mężczyzna wylądował przy jednym z wodospadów. Ich głośny szum zakłócał resztę odgłosów. Wilkołak utrzymał równowagę, mimo śliskiej nawierzchni kamieni. Rozejrzał się czujnie. W powietrzu unosił się dziwny zapach, który czuł ostatnio setki lat temu. Nie sądził, że jeszcze raz go zwęszy. To był zapach tamtych istot. Tych, które zabiły większość jego wilczych braci i sióstr.
            Zamarł, gdy po przeciwnej stronie rzeki coś się poruszyło. Cień przemknął między drzewami. Lovro zawarczał i przygotował się do ataku. Żałował, że nie miał przy sobie swojej Drużyny, ale z drugiej strony, nie lubił ich narażać na tego typu sytuacje. Gdy zza drzew wysunęły się dwie postacie w czarnych kapturach, zrozumiał, że niebezpieczeństwo sięga wysokiego poziomu.
            Słyszał plotki, że wrócili, ale nie dawał im wiary. Nawet, gdy zatelefonował do niego według niego najbardziej wiarygodny wilkołak – Kai.  Był zbyt zajęty swoimi sprawami, aby interesować się tym, co dzieje się na północ od niego. Odległe tereny Słowian zawsze obfitowały w plotki i pogłoski.
            Lovro jednak uparcie nie chciał uwierzyć w powrót SALIGIA. Zignorował zagrożenie, nie przyjmując oferty Jonatana Zdunka, czarownika z Krakowa, aby zjednoczyć siły. Czyżby miał właśnie tego pożałować?
            Nie było sensu teraz się kryć. Oni już i tak go zauważyli, czekając na brzegu. Można było zdecydować się na ucieczkę, ale to też wydawało się ryzykowne. Serce zabiło mu szybciej, po raz pierwszy od wielu lat. Zdawało się być zmęczone i zaskoczone tą nagłą paniką właściciela.
            Wyprostował się, rezygnując z możliwości ataku. Musiał coś szybko wymyślić.
            - Wilkołak Lovro? – odezwała się kobieta. Mówiła płynnym angielskim. Oczy Lovro błysnęły. Zakapturzeni mieli różne sylwetki. Jedna należała do drobnej kobiety. Druga do szczupłego mężczyzny.
            - Zgadza się – odpowiedział wilkołak, siląc się na spokój. – A imię panienki?
            Uśmiechnęła się delikatnie spod kaptura.
            - Kuna. – Jej głos był spokojny i jedwabisty. Przyjemnie muskał uszy wilkołaka, które drgnęły.
            - Miło mi cię znów widzieć – zapewnił. – Ostatnio nie mieliśmy okazji wymienić chociażby jednego zdania. W czym mogę pomóc?
            - Cholera, jesssteś uprzejmy. – Zaśmiał się drugi członek SALIGIA. To był mężczyzna o nieco ochrypłym głosie. – Mojego imienia nie jesssteś ciekaw?
            - Przyznaję, że jestem.
            - Vanko – odpowiedział, zrzucając kaptur. Rude włosy zdawały się płonąć. Błękitne, jasne oczy błyszczały, mimo że już zaszło słońce. Jego twarz zdobił zarost, a także kilka kolczyków, przebijających usta, uszy i brwi.
            - Kuna i Vanko – powtórzył wilkołak, udowadniając, że zapamiętał. – W takim wypadku, w czym mogę wam pomóc? To niezwykła pora, aby chodzić po Jeziorach Plitwickich. No chyba, że podobnie do mnie lubicie, gdy jest tu znacznie mniej turystów…
            - Istotnie, te jeziora mają większy urok w nocy – przyznała kobieta. – Jednak nie przybyliśmy, by podziwiać ich piękno.
            - Zgadza się – przytaknął Vanko. – Przybyliśmy po ciebie, wilkołaku. Obawiam się, że jesssteśmy zmuszeni cię unicestwić.
            Lovro przełknął ślinę. Mimowolnie przybrał pozycję obronną. Wilk w nim zawarczał.
            - Nic nie zrobiłem… - szepnął.
            - Twoi pobratymcy złamali pakt – przerwał Vanko znudzonym głosem. – Dossskonale znasz jego zapisssy.
            - Według paktu nie można zabić wilkołaka bez przedstawionych zarzutów! – warknął. – Musicie mi zaprezentować dowód, iż możecie mnie zabić.
            - Prawnik – prychnął Vanko. – Tacy sssą najgorsi. – Kręcąc głową, sięgnął do kieszeni. Zmysły Lovro się wyostrzyły, ale okazało się, że rudowłosy po prostu wyciągnął kawałek papieru. – Ossskarżam cię, wilkołaku, o złamanie Paktu na podssstawie artykułu trzeciego, paragrafu drugiego, mówiącego o zakazie rozprzessstrzeniania wilkołaczej klątwy. Mieliście się wzajemnie pilnować, aby nikt klątwy nie przekazał dalej. W ossstatnich miesiącach pojawiły się dwa wilkołaki.
            - Nie mam z tym nic wspólnego…!
            - Zgodziliście się na ten Pakt – warknął Vanko. – Mamy prawo egzekwować. Poddasz się bez walki czy mamy cię do tego zmusić?
            Lovro oblizał wargi. Ucieczka nie wchodziła w grę. Nie teraz. Przejechał wzrokiem po okolicy, obmyślając plan.
            - Nie poddam się – oznajmił. – Nie chcę umierać przez prawo ustanowione dwieście lat temu.
            - Szkoda. – Vanko schował papier do kieszeni. – Byłoby o tyle łatwiej. Kuno, musimy działać…
            - Bardziej fair byłby pojedynek jeden na jednego, prawda? – przerwał Lovro, dostrzegając coś w powietrzu. Wypuścił głośno powietrze z płuc.
            Kuna i Vanko wymienili się spojrzeniami, zaintrygowani propozycją. Kobieta skinęła głową i wycofała się nieznacznie. Rudowłosy spojrzał na wilkołaka i uśmiechnął się szeroko.
            - Wychodzi na to, że to ja będę twoim przeciwnikiem.
            Lovro skinął głową. Przygotował się do walki, gdy nagle zamarł. Jego ciało zadrżało podejrzanie i wbrew swojej woli, upadł na kolana. Zachłysnął się, czując słabość w mięśniach, które zdawały się być pod wpływem paraliżu skurczającego je boleśnie.
            - Co… Co do…?! – zawył, próbując się ruszyć.
            - Wiesz, że nie tylko brutalną walką można wygrać pojedynek? – zapytał Vanko. Bez rozbiegu, odbił się od ziemi i jednym, długim skokiem doleciał do Lovro. Wilkołak złapał się za serce.
            - Coś… ty mi… zrobił?
            - Wyśledziłem cię już dawno, wilkołaku – powiedział, unosząc nad nim dłoń. Obserwował jak mężczyzna przed nim zaczął się wić. – Zassstawiłem na ciebie pułapkę.
            - O… Otru… łeś… Po… wietrze… - szepnął przerażony. Wśród kropelek wody, które wzbijał w górę wodospad, unosiły się fioletowe drobinki.
            - Zawsze podziwiałem to, że wilkołaki tyle mogą zobaczyć.
            - Ale… ty… też to… Wdy... chasz… - Łapiąc dech, poślizgnął się na mchu. Upadł twarzą na mokry kamień. – Jak… to moż… liwe…?
            Vanko ukucnął, uśmiechając się delikatnie.
            - Dobre pytanie, prawda? Ale nie lubię zdradzać wszyssstkich moich asssów.
            - Konają… cemu… Nie… powiesz…?
            Vanko zaśmiał się.
            - To twoja ostatnia wola?
            Lovro skinął głową. Chciał znać powód swojej śmierci. Vanko nachylił się do ucha wilkołaka, chociaż wiedział, że nie jest to konieczne. Lovro i tak by go usłyszał.
            - Wilkołaku Lovro, ja sssam w sssobie jessstem trucizną. W moich żyłach nie znajdziesz kropli krwi… - dodał smutno. – Jessst tam tylko trucizna… Tym sssamym żadna trucizna na mnie nie działa… - Zamknął na chwilę oczy. – Moi rodzice już się o to possstarali. Widzisz, nie jessstem… normalny…
            Już chciał się wyprostować, gdy silna łapa wilkołaka złapała go za kaptur. Zaskoczony mężczyzna zdołał jedynie wydać z siebie zdławiony odgłos, przypominający syk, a chwilę później leciał w kierunku głazów przy wodospadzie. Uderzył o nie z paskudnym chrząstnięciem, a następnie wpadł do wody. Jego towarzyszka nawet nie zdążyła zareagować, gdy wilkołak obrócił się na pięcie i rzucił się na brzeg. Pognał w stronę lasu i biegł tak z minutę, kierując się w dół. Dopiero wtedy zaczerpnął powietrza. Przed jego oczami zaczęły pojawiać się ciemne plamy.
            Wstrzymywał oddech od momentu, w którym zobaczył fioletowe drobinki w powietrzu. Dużo wcześniej, niż się do nich przyznał. Uznając to za swego rodzaju pułapkę, zaryzykował i udawał poszkodowanego przez truciznę.
            Jednak powstrzymywanie się od oddychania nawet dla wilkołaka potrafiło być męczące. I sądząc po błyskach przed jego oczami, odrobina trucizny jednak dostała się do jego organizmu. Nie przestawał jednak biec po drewnianych mostach, które były liczne w tym parku. Uwielbiał tę okolicę, więc nie miał problemów z odnalezieniem właściwej drogi, omijając schroniska, w których mogliby się znaleźć niewinni turyści.
            Gnał przed siebie, chcąc uciec jak najszybciej. Nie miał za dużo czasu.
            Dotarł do kolejnego drewnianego mostu, gdy przed nim pojawił się Vanko. Cały zmoczony i szczerze zdenerwowany. Jego rude włosy przyklejone były do czoła. Ubranie było podarte od rzutu o skały, którym uraczył go wilkołak, ale nie pojawił się nawet ślad krwi. Lovro zatrzymał się.
            - Ssspryciarz… - syknął Vanko. – Udawałeś, że moja trucizna cię zainfekowała…
            - Jeżeli cię to pocieszy… odrobina się chyba dostała do środka…
            Vanko uśmiechnął się.
            - Pociesza – przyznał. – Muszę przyznać, moja wina. Dobrałem zły rodzaj trucizny do przeciwnika… Musisz mi wybaczyć, ale wyszedłem nieco z wprawy.
            - Wybaczam.
            Ta sztuczna uprzejmość zaczęła ich wzajemnie bawić. Obaj się uśmiechnęli, gotowi atakować dalej. Vanko wykonał pierwszy ruch, unosząc dłoń. Drobne opiłki srebra zawirowały w powietrzu, kierując się w stronę Lovra. Wilkołak instynktownie cofnął się, ale niektóre opiłki go sparzyły. Syknął z bólu. Chmura srebra już miała go okryć, gdy upadł na deski i przeturlał się w bok, spadając z mostu.
            Wpadł do wody i porwany przez prąd, zakręcił się kilka razy wokół własnej osi. Wychylił się na chwilę, by zaczerpnąć powietrza, ale poczuł w nozdrzach srebro. Zawył boleśnie i zanurkował. Prąd prowadził go do kolejnego wodospadu. Uwięziony w wodzie, nie mogąc się wychylić, próbował się złapać kamieni, które jednak były zbyt śliskie. Po chwili poczuł jak traci pod sobą dno rzeki.
            Runął w dół, a jego własny krzyk zagłuszył huk wodospadu. Lot nie trwał długo, bo po chwili woda dociskała go do kamiennego dna. Wypłynął, używając resztek sił. Zachłysnął się powietrzem, czując kilka bolesnych złamań. Syknął, ignorując je i rozejrzał się. Znalazł się poziom niżej, w kolejnym jeziorze.
            Zaciekle płynął, używając tylko jednej ręki, ponieważ druga była złamana. Dotarł do brzegu, myśląc nad dalszym planem działania. Pociemniało mu przed oczami. Trucizna i srebro robiły swoje. Wypluł odrobinę krwi, czując jej metaliczny smak.
            - I tyle, wilkołaku? – Usłyszał. Zza drzew wysunął się Vanko, uśmiechając się triumfalnie. – Ssspodziewałem się czegoś więcej. Ssspodziewałem się, że zadasz mi ból – jęknął prawie z ekstazą. – Jednak na to przyjdzie mi poczekać…
            Uniósł dłoń, w której pojawił się srebrny, długi szpikulec. Błysnął niebezpiecznie w świetle księżyca.
            - Zrób to szybko – poprosił.
            - Ssam nie wiem.
            Lovro poczuł ostrze pod swoim podbródkiem. Kazało mu unieść głowę, wbijając się odrobinę w skórę. Przed sobą miał członka SALIGIA. Vanko – rudowłosy Mistrz Trucizn. W jego błękitnych oczach krył się obłęd. Chociaż na początku wydawały się sympatyczne to teraz Lovro dostrzegł w nich szaleńczy głód. Nie wiedział jedynie, czego to pragnienie dotyczyło.
            - Szukaliśmy twoich braci w Krakowie, ale sssą cholernie sssprytni. Mają po ssswojej ssstronie potężnego czarownika. – Przełknął ślinę. – Może on w końcu zada mi ból? Myślisz, że to możliwe?
            Lovro warknął w odpowiedzi.
            - Rozumiem… Też w twojej sssytuacji nie chciałbym mówić.
            Lovro zamknął oczy, przygotowując się na śmierć. Tak miało się zakończyć jego życie? Od prawie czterystu lat o tym nie myślał. Jak umrze? Gdy jest się długowiecznym, z czasem zapomina się o ryzyku śmierci.
            Tutaj miał zginąć, wśród tych pięknych jezior i lasów. Co prawda połamany, umazany krwią i błotem, przemoczony do suchej nitki. W dodatku z rąk szaleńca, który go otruł, ale lepsze to niż kilkugodzinne konanie od trucizny.
            - Hej, ty! Połknąłeś węża, że tak syczysz?!
            Vanko rozejrzał się zaskoczony.
            Lovro doskonale kojarzył ten głos.
            - Nie! – ryknął.
            Moja Drużyna…
            Ledwo o tym pomyślał, ziemia pod nim rozjaśniała na zielono. Zdumiony Vanko cofnął się, a wilkołak wytrzeszczył oczy i po chwili poczuł jak coś go wciąga w mokry piach. Krzyknął, nie tyle zaskoczony, co zdenerwowany, ale moc była zbyt potężna. Zabójca machnął szpikulcem, ale przeciął on jedynie powietrze, bo Lovra tam już nie było.
            Zaklął głośno, ale nie miał czasu na wyrażenie całej frustracji. Chwilę później zielony promień leciał w jego kierunku. Vanko odskoczył.
            Ruszył szybkim krokiem w stronę źródła pocisku. Cień przemknął przez las, a on rzucił się w pościg. Nie musiał długo biec. Dogonienie człowieka czy czarownika nie było wyzwaniem. Wilkołaka, owszem. Człowieka? Nie… Nigdy.
            Ostrze szpikulca przecięło powietrze, rozcinając plecy młodemu chłopakowi. Zawył boleśnie, upadając na ściółkę. Vanko na tym nie poprzestał. Złapał chłopaka za koszulę i podniósł go. Silnym ruchem przycisnął do drzewa. Ofiara krzyknęła, gdy w ranę wbiła się kora.
             - Czarownik – ocenił. – I to młody. Mów, gdzie wysssłałeś wilkołaka?
            Czarownik w odpowiedzi splunął swojemu oprawcy w twarz, a ten zamknął oczy.
            - Nic ci nie powiem – mówił z bólem.
            - Vanko. – Usłyszeli głos kobiety. Kuna wyszła zza drzew, ciągnąc za sobą martwe ciało dziewczyny. Czarownik zbladł jeszcze bardziej. Vanko spojrzał na towarzyszkę i gwizdnął.
            - Nie patyczkujesz się, co?
            Kuna pokręciła głową. Puściła ciało, które opadło bez życia na ziemię. Na jej szyi widniał siny ślad, świadczący o tym, iż ktoś kobietę udusił.
            - Gdzie wilkołak?
            - Niessstety, ten oto czarownik go gdzieś przetransssportował – wysyczał. Przycisnął szpikulec do serca mężczyzny. – Powiesz nam? Czy każesz mi cię torturować? Uwierz mi, potrafię zadawać ból.
            - Wystarczy, Vanko – powiedziała. – Wiem, gdzie go przeniósł.
            - Ssskąd…?
            - Do magii, z której skorzystał, potrzebna jest znajomość gwiazd. Wysłał go do Krakowa. Drużyna wilkołaka Lovro musiała wiedzieć o tym, co się dzieje w Krakowie.
            Vanko uśmiechnął się szeroko i spojrzał na czarownika. Wyglądał na przerażonego.
            - Twoja pomoc okazała się być nic nie warta. Znajdziemy twojego wilkołaka. I obiecuję ci, ssskończy jak ty – syknął. – Cierpiąc.
            Czarownik nawet nie zdążył krzyknąć, gdy z ziemi wystrzeliło kolejnych kilkanaście szpikulców. Wbiły się w ciało czarownika, przeszywając je. Wypluł krew z ust, dławiąc się od niewypowiedzianych słów. Vanko puścił go, a on dalej wisiał, przybity do drzewa. Ciało po raz ostatni zadrżało. Sączyła się z niego krew i dziwna, fioletowa substancja. Czarownik stracił dech i umarł tak nagle, że nie można było uwierzyć, iż jeszcze kilka minut temu walczył.
            Las wrócił do porządku. Słychać teraz było szum drzew i trzask wody obijającej się o kamienie. Vanko spojrzał na Kunę i cmoknął.
            - Przepraszam…
            - Nic się nie stało, Vanko – zapewniła. – Mamy trop. Szukamy dalej.
            Uśmiechnął się szeroko.
            - Gwiazdy coś jeszcze ci mówią? – zapytał zaintrygowany. Machnął ręką, a szpikulce wróciły do ziemi. Ciało czarownika opadło, brudząc runo leśne swoją krwią. Nawet na niego nie spojrzeli.
            - Nie. – Pokręciła głową. Przejechała wzrokiem po jego sylwetce i wskazała na coś. Vanko zamrugał oczami, gdy zorientował się, że w jego nogach tkwią trzy sztylety. Zmarszczył czoło.
            - Dzięki – rzucił, wyciągając broń z nóg. – Nawet nie poczułem…
            - Powinieneś się oszczędzać. Nie wytropiliśmy jeszcze wszystkich wilkołaków.
            - Oszczędzać? – zaśmiał się. – Dopiero wtedy, gdy poczuję prawdziwy ból… Muszę go poczuć! – Zachłysnął się powietrzem. – Wyobrażasz sssobie? Najczyssstszy ból…! Jestem taki zazdrosssny, że inni mogą go odczuć, a ja nie – dodał.
            Kuna milczała chwilę.
            - Zazdrość jest zła.
            - Ku mej wielkiej radości, nie zaznałem od ciebie zazdrości. I przyznam bez żadnej przykrości, rad będę, gdy miłością, wyciągniesz mnie z Ciemności.
            - Przestań – burknęła. – Czuję się nieswojo, gdy to mówisz. Rozumiesz w ogóle ten wiersz?
            - Kiedy poznam prawdziwy ból, na pewno zrozumiem! – zapewnił, zarzucając na siebie kaptur. – Ruszajmy. Wilkołaki sssame się nie zabiją.
            Nie oglądając się już za nikim, ruszyli zgodnie w kierunku północy.

***

            Dziwnie się czułem, jadąc samochodem razem z Jonatanem, który prowadził. Coś tak przyziemnego mi do niego nie pasowało, ale nie komentowałem. Zająłem się odliczaniem kolejnych słupków znajdujących się na boku drogi. Ponieważ Jonatan się nie odzywał i ja wolałem nic nie mówić.  Jedyne, co przedzierało się przez nasze milczenie to przyciszone radio, które i tak doskonale słyszałem. Najnowszy utwór Lady Gagi nie pasował do otaczającego nas klimatu.
            Razem z Jonatanem kierowaliśmy się do Bytomia, gdzie podobno znajdował się najbliższy nekromanta. Sam nie wiedziałem, co o tym myśleć, a sam Jonatan najwidoczniej nie chciał nic o tym mówić.
            Nie więcej niż podczas wczorajszej dyskusji, która z czasem przerodziła się w kłótnię. Nie rozumiałem, czemu wszyscy byli tak bardzo zdenerwowani na Jonatana za zadawanie się z nekromantą. Joanna wyraziła swój absolutny sprzeciw odnośnie podróży, podobnie do reszty. Nawet Lel i Polel wyglądali na nieco zmieszanych. Podejrzewałem, że oni wiedzieli nieco więcej o tej sprawie. W końcu to słowiańscy bogowie skazali Jonatana na areszt.
            Dołączenie do mojej drużyny wyzwoliło go z aresztu. Dopiero teraz zrozumiałem, że to było jego pierwszorzędnym celem. Wyrwać się z niewoli. Ja stałem na drugim planie. A jednak nikt nie chciał rozwiązać zagadki SALIGIA tak jak Jonatan.
            Ufałem mu. Nie wiedziałem czemu, po prostu mu ufałem. Moje wszystkie instynkty mówiły mi, że nie powinienem mieć wątpliwości co do Jonatana. Był nieco ekstrawagancki, to prawda. Czasami tajemniczy, ale… potrafiłem to zrozumieć. Każde z nas miało tajemnice.
            Prezenter radiowy przypomniał właśnie, że należy uważać na drogach, aby Zaduszki były bezpieczne. Nie mogłem uwierzyć, że minęła nieco ponad doba od naszej wizyty na cmentarzu w Krakowie. Widziałem wtedy duchy, rozmawiałem z jednym z nich, ale najważniejsze było to, że…
            Krystian Folkner żyje.
            Nerwowo zastukałem o szybę i westchnąłem.
            Pogoda odpowiadała po części mojemu nastrojowi. Byłem zmęczony, bo nie spałem całą noc, zastanawiając się nad sensem rewelacji guślarza. Krystian żył. W takim razie… gdzie się teraz znajdował?
            Jonatan nagle ściszył radio, a następnie sięgnął po komórkę. Dopiero teraz się zorientowałem, że wibrowała. Odebrał ją i przycisnął do ucha.
            - Tak, Almo? – zapytał perfekcyjnym angielskim. Jonatan mi opowiadał, że kiedyś, dla żartów, studiował filologię angielską. Stwierdził, że w końcu chciał się nauczyć poprawnie wymawiać słówko „oponent”. – Rozumiem. Spalony?
            Spojrzałem na Jonatana zaskoczony.
            - Wiem, wiem… Jest ładniejsze słowo na to. – Czarownik wywrócił oczami, gdy zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu. – Szymon o tym wiedział?
            - Co się dzieje? – zapytałem. Jonatan uniósł dłoń, dając znać, że zaraz mi wszystko przekaże.
            - Dobrze. Informuj mnie na bieżąco co się dzieje. Dzięki. Trzymaj się, Almo.
            Rozłączył się i wrzucił telefon do przegródki pod radiem. Przejechał językiem po ustach i ruszyliśmy dalej, gdy zielone światło zawisło nad nami, ozdabiając pojedyncze kropelki deszczu.
            - Co się stało? – powtórzyłem niecierpliwie.
            - Wilkołaki trochę się rozejrzały po cmentarzu – wyjaśnił. – Alma i Kai są w tym naprawdę dobrzy. Poniuchali i odkryli, że ciało Krystiana zostało spalo… skremowane.
            Zamrugałem oczami.
            - Co? Naprawdę?!
            Wolałem nie wnikać w to, jak się tego dowiedzieli.
            - Przydatna ta kremacja, prawda? Zostają po kimś tylko prochy… - Jonatan zmrużył oczy. Słońce na chwilę wyszło zza chmur. – Szymon mówi, że o tym nie wiedział. Był pewien, że ciało Krystiana było… cóż, całe. Z jakichś powodów nie poinformowali syna, że Krystian zostanie skremowany.
            - Co to może znaczyć?
            - Nie wiem. Ale jak podoba ci się koncepcja, że ktoś kto wiedział, iż Krystian będzie żył, wykradł ciało z trumny? Tuż przed kremacją.
            Zemdliło mnie. Naprawdę, od dwóch dni nie gadaliśmy o niczym innym, jak o grobach, zmarłych i duchach.
            - Kto by ukradł ciało…? I kto by wiedział, że Kris przeżyje? On umarł na moich rękach! – ryknąłem. – A… a przynajmniej tak nam się wydawało – dodałem potulnie. Jonatan spojrzał na mnie ze złością, gdy tylko podniosłem głos. Wiedziałem, że nie chciał źle.
            - Nie wiem, Tomku – odpowiedział spokojnie. – Zastanowię się nad tym, obiecuję. Jednak na razie mamy co innego na głowie.
            Bytom nie prezentował się szczególnie zachęcająco, zwłaszcza od strony, z której przyjechaliśmy. Powitało nas kilka opuszczonych budynków wyglądających jak domy widmo. Nie miałem dobrych przeczuć, co do tego miejsca.
            Jonatan znał drogę, więc dotarł do bardzo zakorkowanej ulicy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że znaleźliśmy się w okolicach cmentarza. Po obu stronach drogi, na chodnikach z pękniętej kostki, szli ludzie ze zniczami i kwiatami. Najprawdopodobniej trafiliśmy na najintensywniejszy okres wizyt na grobach. Choć samego cmentarza nie widziałem, czułem że się zbliżamy.
            Jonatan, klnąc pod nosem, zaparkował w jakiejś bocznej uliczce, która i tak była obładowana samochodami. Zatrzasnęliśmy za sobą drzwi i ruszyliśmy na cmentarz, wciskając się w tłum ludzi.
            Powietrze było wilgotne. Wiał chłodny wiatr, mierzwiąc nasze fryzury i zrywając ostatnie liście z wysokich drzew, znajdujących się za ceglanym murem cmentarza. Wiele z nich wyglądało dość groteskowo, gdy wokół nich wił się bluszcz. Pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego.
            - Wyglądają, jakby je pożerały.
            - Proszę? – Jonatan spojrzał na mnie z konsternacją. Wskazałem mu drzewa. – Ach… Bluszcz. Tak, niecodzienny widok.
            - Wyglądasz na przestraszonego – oceniłem. Spojrzał na mnie wielkimi oczami.
            Jonatan myślał chwilę nad odpowiedzią.
            - Nie rozstaliśmy się w dobrych okolicznościach – wyjaśnił bardzo ogólnie. – Może być na mnie zły.
            - Czy czarownicy zawsze tak mają? – zapytałem. Spojrzał na mnie z zaskoczeniem. – Chodzi mi o to, że większość z was jest skłócona. Joanna nie lubi ciebie… Ten nekromanta nie lubi ciebie… To tylko ciebie nie lubią czy jakoś tak po prostu jest?
            Jonatan zamrugał oczami.
            - Ciekawe spostrzeżenie.
            Przeszliśmy przez ciężkie, czarne i metalowe drzwi, które stały teraz otworem, zapraszając wszystkich, by odwiedzili zmarłych. Za dnia cmentarz wyglądał przyjaźniej, o ile mogłem to tak ująć. W powietrzu niosły się ludzkie głosy, a więc nie było tak przerażająco jako dwie noce temu. W końcu w te dni cmentarze ironicznie tętniły życiem.
            - Gdzie dokładnie idziemy? – zapytałem cicho. Jakaś starsza pani właśnie zaczęła płakać nad grobem, z którego patrzyło na nią czarno-białe zdjęcie mężczyzny. Speszony, odwróciłem wzrok.
            - No dobrze, kilka słów wyjaśnień – mruknął Jonatan. – Nekromanta, do którego się właśnie udajemy był moim przyjacielem z dzieciństwa…
            - CO?!
            Kilka osób obejrzało się za mną. Skuliłem się ze wstydu i wcisnąłem dłonie w kieszenie.
            - Co? – powtórzyłem.
            - Jakob Rätsel – przedstawił go cicho. – Przyjaźniliśmy się w dzieciństwie.
            - To było jakoś w dziewiętnastym wieku, prawda?
            - Prawda. – Pokiwał głową. – Jakob jest kilka lat starszy, ale dorastaliśmy w tym samym czasie. On również jest potomkiem czarowników. Wywodzi się z Niemiec, z okolic Berlina. Cóż, wtedy to były Prusy, by być dokładniejszym. Nasze dorastanie przypadało na burzliwy okres wojen z Napoleonem – tłumaczył. Nie wiedziałem, co sądzić o tym, że Jonatan był świadkiem tak dawnych wydarzeń. To brzmiałoby jak żart, gdyby nie to, że samemu byłem wilkołakiem. – Wojny zawsze przynoszą śmierć, nawet wśród nas, czarowników. Rodzice Jakoba zginęli, zabici przez francuskich żołnierzy. Ciężko jest uchronić się przed pociskiem, nawet gdy ktoś włada magią.
            Spojrzał na jeden z grobów, który ozdobiony był jednym, zgaszonym przedwcześnie zniczem. Cmoknął i kiwnął palcem. Znicz zapłonął, a Jonatan uśmiechnął się lekko.
            - To go pchnęło do nekromancji? – zapytałem. – Śmierć rodziców? Chciał ich… wskrzesić?
            Jonatan pokręcił głową.
            - Jakob jest nieco innym nekromantą. Wyznaje inne idee, dlatego nigdy nie kontaktuje się z pozostałymi nekromantami. Co nie znaczy, że nie posiada odpowiednich informacji. Wszystko załatwiał zawsze na własną rękę. Jestem pod wrażeniem, że mu się udało. Był zdolnym czarodziejem żywiołu ziemi.
            Podsumowałem sobie wszystko w głowie.
            - Czarownicy rodzą się ze zdolnościami do władania nad żywiołami?
            - Zgadza się. Jako potomkowie elfów, mamy takie umiejętności. Każdy czarownik przeważnie włada nad jednym żywiołem. Można go ewentualnie rozwinąć lub ulepszyć. Ja, na przykład, potrafię jeszcze tworzyć piorun – pstryknął palcami, po których z trzaskiem przeleciały wyładowania elektryczne. – Ale to i tak nie moja bajka. Wymaga to o wiele więcej siły i koncentracji.
            - Więc skąd nekromanci?
            Jonatan uśmiechnął się.
            - Dobre pytanie. Skąd nekromanci? – Zastanowił się chwilę.
            Odbiliśmy w prawo, gdy dotarliśmy do końca jednej z alejek. Na końcu drogi czekał na nas ceglany dom z wielkimi oknami. Ściany i dach były ozdobione mchem. Budynek wyglądał na opuszczony. Od reszty cmentarza dzieliło go żelazne ogrodzenie.
            Spojrzałem na Jonatana z niepewnością. Kierowaliśmy się w stronę czegoś, co mogło się w każdej chwili rozpaść. Jednak czarownik nie zwolnił kroku. Najwidoczniej bardzo dobrze wiedział, dokąd idzie.
            Zatrzymaliśmy się przed uchyloną furtką. Usłyszałem głośne szczekanie psa, ale nigdzie żadnego nie widziałem. Rozejrzałem się dookoła. Chyba nikt z odwiedzających groby tego nie usłyszał.
            Zapach cmentarzy był… zimny. Nie wiedziałem, jak to określić, ale mroziło mnie w nozdrzach. Będąc tak blisko domu, myślałem, że zamarzną mi płuca. Cieszyłem się, gdy zza chmur znów wyszło słońce, ogrzewając mnie delikatnie.
            Spojrzałem na Jonatana, który zdawał się jeszcze wahać.
            - Będziemy tu stać całą wieczność? – zapytałem, ruszając naprzód. Furtka zaskrzypiała przeraźliwie, gdy otworzyłem ją na oścież. Jonatan drgnął, jakby wyrwany z zamyśleń. Ruszył za mną niepewnym krokiem.
            Im bliżej ciężkich, drewnianych drzwi byłem, tym bardziej czułem chłód przeszywający moje ciało. Tutaj było o wiele więcej drzew, które „pożerał” bluszcz. Rosły z tyłu domu, odgradzając widok od ulicy. Po obu stronach zadbanej ścieżki znajdowały się groby – na tyle stare, że nie dało się nic wyczytać z brudnego kamienia.
            Stojąc już pod drzwiami, miałem wrażenie jakby dom nieznacznie się rozszerzył.
            - Nie boisz się? – szepnął Jonatan do mojego ucha.
            - Jak tak szepczesz, to się boję – warknąłem. – Nie szepcz mi do ucha!
            - Przepraszam… Ale… Nie boisz się?
            - Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Chcę mieć to za sobą. Zdaję się na ciebie, Jonatan. Zdobądź informacje o duchach, które są, ale ich nie ma. Które żyją, ale i nie.
            Jonatan zamknął oczy i skinął głową. Uniosłem dłoń i zapukałem w drzwi. Szybko cofnąłem rękę. Miałem wrażenie, że coś mnie zapiekło. Syknąłem, rozcierając palce.
            - Drzwi z odrobiną srebra. – Jonatan przyjrzał się im. – Wybacz, nie zauważyłem…
            - Ja też nie!
            Drzwi otworzyły się nagle, chociaż nie słyszałem, aby ktokolwiek się do nich zbliżał. Wymieniliśmy spojrzenia z Jonatanem i skinęliśmy głowami. Weszliśmy do środka.
            Spodziewałem się chłodu i brudu, ale zastałem ciepły i przyjemnie urządzony hol. Drewniana podłoga prowadziła wprost do schodów, a tymi można było iść wyżej na piętro lub zejść do piwnicy. Nawet nie chciałem myśleć, jak może wyglądać piwnica na cmentarzu.
            Wszystko tutaj wyglądało jak normalny dom, który witał skromną elegancją, godną takiego miejsca. Wnętrze było o dużo bardziej przyjazne, niż surowe, ceglane ściany na zewnątrz.
            Dopiero teraz usłyszałem ciężkie kroki. Dochodziły zza drzwi w holu.
            Przed nami pojawił się wysoki mężczyzna, sięgający prawie dwóch metrów, jak nie więcej. Był ubrany w elegancki garnitur, na pewno szyty na zamówienie. Opinał jego silne i muskularne ciało. Samą posturą przysłaniał połowę holu. Czarne włosy ułożył elegancko. Patrzył na nas surowo z góry. Niebieskie oczy znajdowały się pod grubymi brwiami. Jedyną przyjazną częścią jego ogólnego wyglądu był biały kwiat skryty w kieszeni marynarki.
            - W czym mogę pomóc? – zapytał donośnym głosem. Miałem wrażenie, że dom się trzęsie.
            - Chcemy porozmawiać z Jakobem Rätselem – powiedział Jonatan.
            - Przykro mi, nie ma go dzisiaj – odpowiedział, a ja odetchnąłem. Myślałem, że ten wysoki mężczyzna był nekromantą. – Obawiam się, że będzie niedostępny przez większość tygodnia. Początek listopada to dla niego bardzo zapracowany okres…
            Spojrzałem pytająco na Jonatana. Jednak on na mnie nie patrzył, kontynuując rozmowę z, jak sądziłem, sekretarką nekromanty.
            - Musimy porozmawiać z pana szefem. – Czarownik nie dał się zbyć. – Jestem Jonatan Zdunk, Czarownik Łańcucha i Ognia. A to mój przyjaciel, Tomasz Warczyński.
            Mężczyzna jakby nieco spochmurniał. Zmrużył oczy i napiął mięśnie.
            - Nekromanta Rätsel nie przyjmuje niezapowiedzianych gości. Jeżeli masz odrobinę oleju w głowie, czarowniku Jonatanie, domyślisz się, że okres Święta Zmarłych to dla niego dni wyjęte z życia. Ma inne obowiązki wobec tego cmentarza.
            - Domyśliłem się – zapewnił Jonatan. – Jednak jest to sprawa niecierpiąca zwłoki i…
            - Niestety, nie mogę się zgodzić. A teraz, proszę opuścić…
            - Aleksandrze – przerwał mu kobiecy głos. Choć słyszałem jej kroki i czułem delikatny zapach lilii, nie mogłem jej zlokalizować. Okazało się, że przez cały czas mężczyzna, swoją posturą, zasłaniał drobną i podejrzanie bladą dziewczynę o białych włosach. Sięgała mu prawie do piersi, dlatego zamiast na ramieniu, położyła swoją dłoń na jego pasie. – Zajmę się tym.
            Spojrzał na kobietę z powątpiewaniem.
            - Jakob czeka na ciebie – przypomniała. Mężczyzna nerwowo zerknął na zegarek. Skinął niechętnie głową.
            - Zostawiam panów pod opieką Lilii – oznajmił, ruszając do drzwi. Spojrzał przez ramię na kobietę, jakby się bał ją zostawić samą. W końcu westchnął ciężko i opuścił dom, zostawiając nas w ciszy.
            Jonatan skłonił się.
            - To Tomasz Warczyński. A ja jestem…
            - Jonatan Zdunk – przerwała mu z uśmiechem. – Znam cię.
            Czarownik wyglądał na zaskoczonego.
            - Naprawdę? – zapytał. – Cóż, nie powiem, mówią o mnie nawet w Paryżu…
            - Mówią, ale nie muszą mówić dobrze, prawda? – zauważyłem. Jonatan spojrzał na mnie z niechęcią. Kobieta zaśmiała się cicho.
            - Nie, nie. Jakob wspominał o tobie, Jonatanie – wytłumaczyła.
            - Hm… Czy jest zły? – Uniósł brew. – Pytam, bo mógł wspominać tęskniąc lub wspominać i żałować, że mnie nie dorwał i nie zabił.
            - Sam doskonale powinieneś wiedzieć, że Jakob nie lubi zabijać – odpowiedziała tak lekkim tonem jakby stwierdzała, że miło jest, gdy słońce wychodzi zza chmur. – Wspominał o tobie. Raczej ciepło. I całkiem niedawno – dodała. – Jestem pewna, że przyjmie was poza kolejką ze względu na stare czasy.
            - Wydajesz się dużo wiedzieć.
            Skłoniła się delikatnie.
            - Zdarza mi się rozmawiać z moim szefem – odpowiedziała. Wskazała pokój po lewej stronie holu. – Tutaj czekają klienci Jakoba. Zapraszam. Czy podać panom kawy lub herbaty?
            - Poprosimy dwie kawy – odpowiedział Jonatan.
            - Naturalnie.
            Pokój służący za poczekalnię znajdował się zaraz przy drzwiach wejściowych i widać z niego było zatłoczony cmentarz. Ściany ozdabiały zakurzone regały z książkami. Koło drzwi stało wielkie lustro, a pod oknem wygodna i duża kanapa.
            Właśnie tam usiedliśmy z Jonatanem.
            - To nie wygląda na dom nekromanty – mruknąłem.
            - A moja Kamienica wygląda jak dom czarownika?
            - Masz drzwi, które gadają.
            Jonatan wywrócił oczami.
            - Chodzi mi o to, że naprawdę nie różnimy się od ludzi. Jasne, mamy swoje miejsca, które nie są zwykłe, ale dalej żyjemy normalnie.
            Nie wiedziałem, czemu w głosie Jonatana wyczułem ból. Chciałem jak najszybciej zmienić temat.
            - Czym zajmuje się Jakob? Ma jakąś pracę?
            - Dba o porządek na cmentarzu – wyjaśnił Jonatan. – Pilnuje grobów, czyści je, organizuje pogrzeby lub konsolacje.
            - Brzmi strasznie.
            - Nie różni się niczym od grabarza i opiekuna cmentarza – odpowiedział Jonatan. – Naturalnie poza tym, że hobbystycznie jest nekromantą.
            - Hobbystycznie?
            - Zobaczysz. – Uśmiechnął się. – O ile Jakob się nie zmienił, zaskoczy cię.
            Chciałem podjąć ten temat, ale usłyszałem ciche kroki Lilii. Po chwili otworzyła drzwi i podała nam kawę na srebrnej tacy. Wilk we mnie zawarczał ostrzegawczo. Kobieta usiadła na fotelu po przeciwnej stronie drewnianego stoliczka.
            - Obawiam się, że Jakoba może nie być do późna – zapowiedziała. – Czy zostaniecie na obiad?
            - Chyba nie mamy wyboru, dziękuję. – Jonatan zamieszał łyżeczką w kawie. Szturchnąłem go, a on spojrzał na mnie pytająco. Przeniósł wzrok na serwis i uniósł brwi. – Słodzisz?
            - Dwie.
            Jonatan zgarnął srebrne szczypce i wrzucił mi do filiżanki dwie kostki cukru. Lilia przyglądała się tej operacji z zainteresowaniem. Już sięgałem po łyżeczkę, gdy ta okazała się być zrobiona ze srebra. Odruchem bezwarunkowym, cofnąłem rękę.
            - Hm… - Zmarszczyłem czoło.
            - Po prostu nie mieszaj… - szepnął.
            - Jakiś problem? – zapytała.
            - Nie, nie! – Jonatan uśmiechnął się szeroko. – Tomasz po prostu boi się łyżeczek. Paskudny uraz z dzieciństwa. – Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. – Jego młodsza siostra kiedyś go biła łyżeczką i…
            - Skończ już – warknąłem.
            Lilia uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
            - Myślałam, że jest wilkołakiem.
            Jonatan przyłożył dłoń do serca.
            - Mój Boże, Tomaszu! Czemu mi nie powiedziałeś? – W odpowiedzi usłyszał jedynie moje głośne warknięcie. Czarownik westchnął i sięgnął po filiżankę. – Ach, po co się męczyć…?
            - Czemu nie mogę powiedzieć, że jestem wilkołakiem? – zapytałem.
            - Bo wilkołak w domu przynosi nieszczęście.
            Wyprostowałem się zaskoczony.
            - Naprawdę? Ale… Ty mi pozwalasz mieszkać u siebie.
            - Nie jestem przesądny. – Uśmiechnął się. – Jakob był bardzo przesądny. Stąd pewnie drzwi okryte srebrem…
            Lilia skinęła głową.
            - Przesądność Jakoba jednak nie wpływa na jego ocenę żadnej z osób – zapewniła. – Nie kategoryzuje ludzi. Ktoś, kto żyje tak długo, zaczyna rozumieć, że koniec końców, wszyscy jesteśmy tacy sami.
            - Długo znasz Jakoba?
            - Mniej więcej od czasów wojny – odpowiedziała. Wytrzeszczyłem nieuprzejmie oczy. Wyglądała, jakby mogła mieć góra trzydzieści lat. – Uratował mnie przed strasznym losem, który czekał ludzi takich jak ja.
            - Żydów – mruknął Jonatan.
            Kobieta milczała przez chwilę. W jej oczach dostrzegłem strach.
            - To cmentarz żydowski – wyjaśniła, spoglądając za okno. – Żegnałam tutaj wielu przyjaciół. Jakob ukrył mnie w swoim domu, kiedy szukali… nas. Tropili niczym psy za ofiarą. Jakob skrył mnie tutaj. W piwnicach tego domu.
            Dotarło do mnie, jak stary jest ten dom. Pamiętał jeszcze czasy wojny.
            - Odprawił tych złych. W zamian za ratunek, zaoferował mi służbę u niego. Dopiero po czasie dowiedziałam się, czym tak naprawdę się zajmuje – wyjaśniła i uśmiechnęła się. – Ofiarował mi długowieczność. Chociaż wiem, że w tym świecie postrzegany jest jako ten zły, to jednak zawdzięczam mu życie. Nigdy nie wydawał mi się być zły.
            - Etykietki są straszne, prawda? – zapytał Jonatan.
            Skinęła głową.
            - Rozumiem go. Sama byłam zepchnięta na margines człowieczeństwa za to kim byłam. I widziałam śmierć już tyle razy, iż mogę ją uznać za przyjaciółkę – zażartowała, a ja poczułem dreszcz na plecach.
            - Przykro mi. W tamtych czasach nie było mnie w Polsce.
            Lilia uśmiechnęła się jedynie. Spojrzała smutno za okno.
            Jak wiele śmierci widziała? Ja po jednej ledwo dochodziłem do siebie.
            Na nekromantę przyszło nam czekać prawie trzy godziny. W tym czasie Lilia zaoferowała nam ciepły obiad, który zjedliśmy w salonie po przeciwnej stronie poczekalni. Nie byłem pewien, kto gotował, bo Lilia przez cały czas była z nami. Możliwe, że nekromanta miał więcej służby niż nam się wydawało.
            Gdy trzasnęły drzwi wejściowe, byliśmy znów w poczekalni. Jonatan dorwał jakąś ciekawą lekturę, którą znalazł na półce, a ja rozmawiałem z Lilią. Nasza rozmowa się skończyła, gdy kobieta poderwała się z miejsca i ruszyła szybkim krokiem do wyjścia.
            Rozmawiała chwilę z kimś na korytarzu. Jonatan wstał i zatrzasnął książkę.
            Do poczekalni wróciła Lilia, ale tym razem towarzyszył jej Aleksander. Wielkolud miał policzki zaczerwienione od zimna.
            - Pan Rätsel przyjmie was w swoim gabinecie – poinformowała uprzejmie Lilia, jakbyśmy właśnie nie przegadali ostatnich kilku godzin. – Prosił, abyśmy was tam zaprowadzili.
            Jonatan skinął głową. Opuściliśmy poczekalnie i skierowaliśmy się w stronę schodów. Jęknąłem w duchu, gdy Lilia poprowadziła nas w dół, wprost do piwnicy. Zaraz za mną szedł milczący Aleksander.
            Schody prowadziły na niższy poziom, w którym już wcale nie było tak przyjemnie ciepło. Lilia otworzyła szeroko dwuskrzydłowe drzwi i zaprosiła nas do środka. Wszedłem do gabinetu zaraz za Jonatanem.

(Dla większej przyjemności czytania, polecam włączyć ten utwór)
Jellal Theme - Extended
            Wnętrze okrągłego pokoju, wielkości prawie samego domu, bardziej pasowało do moich wyobrażeń na temat posiadłości nekromanty. Większość ścian zajmowały półki z grubymi i ciężkimi książkami. Przestrzeń pośrodku była pusta, ale nie podobało mi się to, że stoją tam świece, a na ziemi widać było plamy.
            Tutaj było naprawdę zimno. Dla upewnienia się chuchnąłem i zobaczyłem parę. Nawet trzaskający ogień z kominka niewiele dawał.
            W jednym z końców pokoju, między oszklonymi szafami ze składnikami i wywarami, stał szkielet, podtrzymywany przez metalową rurę. Po drugiej stronie, znajdowała się para dziwnych drzwiczek umieszczonych w ścianie. Przypominały sejf.
            Pomieszczenie wydawało się być naprawdę schludne. Prawie jak jakaś sala operacyjna. Powietrze było przepełnione silnym zapachem jakiegoś środka do czyszczenia, od którego zakręciło mi się w głowie.
            Jednak sam nekromanta nie zrobił na mnie takiego przerażającego wrażenia, wbrew moim przypuszczeniom. Przez cały dzień zastanawiałem się, jak będzie wyglądał czarownik zajmujący się śmiercią.
            Otóż był to szczupły chłopak, któremu mógłbym dać co najwyżej dwadzieścia lat, gdybym spotkał go na ulicy. Był odrobinę wyższy ode mnie, ale ubrany w czarny garnitur w białe, cienkie paski, co go jedynie wydłużało. Właśnie rozwiązywał czarny krawat, gdy spojrzał na nas swoimi zielonymi oczami. Miał krótko ścięte włosy po bokach, ale nieco dłuższe na górze. Wyglądał naprawdę elegancko.
            Jednak mimo tego całego otoczenia, elegancji i świadomości, że jest nekromantą, widziałem w nim raczej buntującego się nastolatka. Przyjrzał się nam uważniej i najwidoczniej zrozumiał, jak go postrzegam, bo posłał mi ostrzegawcze spojrzenie.
            - Jonatan Zdunk. – Przeniósł wzrok na czarownika. Drzwi za nami trzasnęły, a Aleksander i Lilia stanęli po obu ich stronach. – Oraz wilkołak. Masz tupet.
            - Jestem Tomasz – przedstawiłem się. Nie lubiłem, gdy określali mnie jedynie jako „wilkołak”.
            Na twarz nekromanty wpełzła żałosna próba uśmiechu. Odrzucił krawat na biurko stojące obok niego i wskazał nam dwa czarne fotele. Dotarłem tam, omijając krąg stworzony ze świec. Jakob oparł się o biurko i przyjrzał się nam po raz kolejny.
            - Jakob – zaczął Jonatan. – Przepraszam za takie najście.
            - Nie odzywałeś się od dwudziestolecia międzywojennego. Coś naprawdę musiało ci zająć sporo czasu – prychnął. Czyżbym wyczuł odrobinę pretensji?
            - Przepraszam – powiedział Jonatan. – Bardzo przepraszam.
            - Ach, dostałeś areszt. Jestem całkiem zadowolony. – Uśmiechnął się groźnie, pokazując rząd białych zębów. On naprawdę potrafił wskrzeszać zmarłych? Wyglądał jak chłopiec z reklamy dobrej czekolady. – Jednak to i tak nie usprawiedliwia twojego najścia.
            - Mogę ci to wyjaśnić.
            - Zamieniam się w słuch – odpowiedział. – Chcesz JĄ zobaczyć? – Zmrużył oczy. Jonatan nawet nie drgnął, a ja spojrzałem pytająco na czarownika.
            - Nie po to tutaj przyszedłem.
            - Naprawdę? – Zdziwił się. Nekromanta wydawał się być zbity z tropu. – W takim razie, czemu tu jesteś?
            - Wyjaśnię ci. Poszukuję odpowiedzi na jedno pytanie. – Jonatan patrzył mu prosto w oczy. – W noc Dziadów udałem się na krakowski cmentarz. Tam udało nam się wpaść na Babuszkę. – Na dźwięk tego „imienia” nekromanta wywrócił oczami. – Powiedziała, że członkowie SALIGIA są duchami, ale i nie. Żyją, ale i nie. I tak, i tak. Czy jesteś w stanie rozpoznać typ ducha na podstawie tego lakonicznego opisu? Joanna Sonnenberg próbowała, ale nie potrafiła określić typu duchów…
            - A więc przyszedłeś do nekromanty, który zna się naprawdę dobrze na wszystkim, co związane ze śmiercią – dokończył za niego Jakob. – Ach, Joanna. Jedno z medium, które nie chce przyznać się do tego, jak wiele ją łączy z nekromancją, ha, ha! – Pokiwał głową. – Ale, Jonatanie, mówisz o SALIGIA. Domyślam się, że jesteś członkiem Drużyny tego wilkołaka…
            - Tomka – wtrąciłem.
            - Zgadza się – odpowiedział Jonatan.
            Nekromanta przeniósł wzrok ze mnie na czarownika.
            - Czemu miałbym ci pomagać? – zapytał. – Zerwałeś przyjaźń, jakby nic dla ciebie nie znaczyła. Zniknąłeś tak nagle…
            - Wybacz mi to.
            - A przez to wszyscy pomyśleli, że bawisz się w nekromantę i skazali cię na areszt – kontynuował. – Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego nie powiedziałeś prawdy?
            - Wstydzę się jej… - wyznał cicho. – Wiem, że nasze drogi się rozeszły, ale… Gdybyś mógł mi wybaczyć. Nigdy nie krytykowałem twojego zamiłowania do nekromancji, chociaż świetny był z ciebie czarownik ziemi. Wiem, że masz inne podejście do tej sprawy. To ja wszystko popsułem. Przepraszam.
            - O co tu chodzi? – zapytałem. – Jonatan, co się stało? Co zrobiłeś?
            - Chciał odebrać sobie długowieczność – powiedział Jakob, kręcąc głową. Spojrzałem zaskoczony na skulonego Jonatana. Wyglądał jakby był chory.
            - Co?! Dlaczego? Chciałeś umrzeć?
            - Nie posuniemy się dalej w negocjacjach, jeżeli nie opowiesz mu historii, Jonatanie – powiedział Jakob. – Jak chcesz walczyć z przyszłością, nie pozwalając innym poznać przeszłości? – Uśmiechnął się tajemniczo.
            Jonatan westchnął ciężko.
            - Jak zapewne wiesz, Tomku, łączyło mnie z Joanną pewne uczucie– mówił cicho, ale i tak go doskonale słyszałem. – Istotnie, tak właśnie się stało. Poznaliśmy się dosyć późno, w trakcie przyjęcia noworocznego, wchodząc razem w nowy wiek. Miałem wtedy już prawie sto lat… - Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Oczywiście, byłem wcześniej zauroczony, ale dopiero z Joanną udało mi się przejść na poziom wyżej. Byliśmy ze sobą przez kolejnych dwadzieścia lat. Pierwszą Wojnę Światową przeczekaliśmy na spokojnej plaży, gdzieś w Ameryce Południowej. Dopiero później wróciliśmy do Polski. To były piękne dni, naprawdę. Kochałem ją, naprawdę, uwierz mi, Tomku. Kochałem Joannę. Jednak później, tutaj w Polsce, poznałem inną dziewczynę. Nie wiem, jak to się stało, ale i w niej się zakochałem. Była krucha, śmiertelna, ale taka błyskotliwa i zabawna… Do tej pory pamiętam, jak piękne były jej rude włosy w te letnie dni. – Zamknął oczy. – Rozwiane przez wiatr… Kochała kwiaty, zbierała je zawsze podczas naszych spacerów. Marzyła, aby otworzyć swoją własną kwiaciarnię. Zakochałem się. Tak bardzo, że… rozstałem się z Joanną.
            Otworzył oczy, wyraźnie zawstydzony.
            - Wiem, możliwe, że to okrutne. Ale wolę komuś złamać serce, niż powiedzieć nieszczere „kocham cię”. Joanna wyjechała na prawie pół wieku, opuszczając swojego nauczyciela, Alberta. Próbowałem się z nią skontaktować, ale nie odpisywała na moje listy.
            Przejechał nerwowo dłońmi po swoich udach.
            - Byłem zakochany, oddałem się kompletnie Emilii. Nawet powiedziałem jej prawdę o sobie. Pokazałem prawdziwego siebie. Pokochała mnie jeszcze bardziej. Byliśmy szczęśliwi.
            - Tak szczęśliwi, że na kilka lat zapomniał o przyjacielu – prychnął zazdrośnie Jakob.
            - Przepraszam. To było dla mnie coś nowego. Dla kogoś długowiecznego… zakochać się bez pamięci? Wątpiłem, że przeżyję coś takiego. Zakochani planowaliśmy, jak we dwójkę podbijemy cały świat. Jednak… - Zamarł na chwilę. – Istnieją choroby, które wtedy nie były uleczalne. Śmierć odebrała mi Emilię zaledwie sześć lat po jej poznaniu. – Jego oczy zrobiły się mokre. – Byłem…
            - Nie do zniesienia – wtrącił ponownie Jakob. – Przez prawie rok nie wychodził ze swojej kamienicy w Krakowie. Prawie przespał rozpoczęcie Drugiej Wojny Światowej!
            - Chciałem się zabić – przerwał Jonatan. – Ale wtedy skazany byłbym na wieczne potępienie. Jakob wybił mi ten pomysł z głowy. Za to wpadłem na inny pomysł. Jakob może dawać ludziom długowieczność, czemu mi nie miałby jej odebrać? W końcu uległ i się zgodził. Pracowaliśmy razem nad tym, jak odebrać komuś długowieczność…
            - Jonatan za to ogłosił światu, że tak naprawdę chciał odkryć sposób na pełne wskrzeszenie zmarłego.
            - Pełne wskrzeszenie? – zapytałem. – Chodzi o to, że nie można dać komuś na nowo życia, tak?
            Nekromanta spojrzał na mnie z podziwem.
            - Zgadza się. Nie można oddać pełnego życia. Nie istnieje póki co żaden sposób. Przyzwane osoby nie zachowują się jak wtedy, gdy żyły. Są otępiałe, często dręczą je choroby. Nie działa im większość organów.
            - Czyli zamiast skazywać ją na taki los – zwróciłem się do Jonatana – wolałeś samemu odebrać sobie długowieczność?
            - I poczekać aż umrę, tak. – Pokiwał głową. – Jednak i tego nie udało nam się osiągnąć, a ja zostałem skazany za uprawianie nekromancji.
            - Ty zostałeś skazany, ale Jakob już nie? – zdziwiłem się.
            - Prawo nie działa wstecz. – Jakob uśmiechnął się, tym razem szczerzej niż na początku. – Kiedy ja zaczynałem parać się nekromancją, jeszcze nie była zakazana. Oficjalnie.
            - Mój wyrok był słabszy, bo uznali, iż oszalałem po śmierci ukochanej. Dlatego czekał mnie tylko areszt.
            Przyglądałem się Jonatanowi przez dłuższy czas. W kompletnej ciszy. Spuścił głowę, wpatrując się tępo w swoje buty. Wyglądało na to, że dawno nie opowiadał tej historii. Oblizał wargi.
            - Przepraszam, że zerwałem kontakt. Nie chciałem, abyś miał nieprzyjemności z mojego powodu – szepnął.
            - Och – wyrwało się Jakobowi. Odchrząknął i spojrzał gdzieś w bok.
            - To dlatego to wszystko w twojej Kamienicy Cudów? W twoim pokoju? Ta tablica z planami podboju świata? Twoje dbanie o kwiaty i rośliny? Bo jesteś zakochany w Emilii? – zapytałem, nie kryjąc podziwu. Moja miłość do Krystiana była zaledwie szczenięcym zauroczeniem. Jonatan pociągnął nosem.
            - Tak.
            Teraz zapadła cisza. Jakob zastukał palcami o drewniany blat, a potem warknął głośno.
            - A niech cię. – Odszedł od biurka, kierując się do jednego z regałów. – Zawsze miałeś gadane, Zdun. Wiem, o jaki rodzaj duchów wam chodzi. Są bardzo rzadko spotykane, a na dodatek są wynikiem eksperymentów nekromantów. Nic dziwnego, że Joanna nic o nich nie wiedziała. Ona zna się na duchach, to prawda, nie mogę temu zaprzeczyć. Jednak nekromanci robili i na tym polu eksperymenty. Ktoś, kto się nami brzydził, nie odkryje prawdy.
            Moje serce zabiło szybciej. Pomoże nam?
            Wyjął grubą księgę, którą ledwo utrzymał. Aleksander ruszył, by mu pomóc, ale go odprawił wzrokiem.
            - Dam radę! – warknął, niosąc księgę na biurko. Rzucił ją tam z ulgą i dyskretnie otarł czoło. – Nie wiem, skąd pomysł, że członkowie SALIGIA to duchy. Ale wierzę, że masz jakieś powody, aby tak sądzić.
            Otworzył księgę, z której praktycznie buchnął kurz, zakłócając sterylność miejsca. Okazało się, że księga była jedynie miejscem kryjówki dla mniejszej, czarnej książeczki, grubości i wielkości zeszytu.
            - Te notatki zrobiłem, gdy podróżowałem po środkowej Europie. Duchy nigdy mnie nie interesowały, ale chciałem mieć o nich chociaż blade pojęcie.
            Przyjrzał się okładce, a potem podał książeczkę Jonatanowi. Odebrał ją z wdzięcznością, a potem zerknął na srebrne litery na okładce. Zamarł, kompletnie zaskoczony. Nachyliłem się, aby zobaczyć tytuł.
            Nabrałem głośno powietrza, podekscytowany i przerażony.
            Tytuł brzmiał: Sentymenty.

***

            - Spokojnie, Almo! Spokojnie! – prosił Jonatan, gdy rozmawiał przez telefon. Okazało się, że w piwnicy żadne z nas nie miało zasięgu. Gdy ją opuściliśmy, był już późny wieczór. – Opowiedz mi wszystko po kolei…
            Staliśmy w głównym holu razem z Aleksandrem i Lilią. Jonatan chciał zadzwonić i poinformować o naszych odkryciach, ale ubiegła go Alma. Miałem złe przeczucia.
            - Dobrze… Dobrze, spokojnie. Skoro Raisa ma to pod kontrolą – urwał. – A Joanna? Dobrze. Informuj mnie na bieżąco. Razem z Tomkiem wrócimy jutro rano. Bo musimy jeszcze ustalić kilka rzeczy. Mamy przełom w śledztwie, Almo. Wiemy, jakim rodzajem duchów są SALIGIA.
            Jonatan, jak to miał w zwyczaju, krążył po całym pomieszczeniu, gdy prowadził rozmowę telefoniczną.
            Niestety wiele było jeszcze przed nami. Jakob obiecał nam pomóc w odkryciu czegoś więcej na temat sentymentów, ale miał też swoje obowiązki. Właśnie się przebierał, aby ruszyć nocą na cmentarz i celebrować Tydzień Zmarłych wraz ze… zmarłymi. Uprzejmie z Jonatanem podziękowaliśmy. Sam fakt, że miałem spędzić noc na cmentarzu mnie przerażał. Bawić się z duchami? Nie widziało mi się to.
            - To na razie tyle, Almo. Przekaż reszcie. Dzisiaj w nocy przeczytam notatki Jakoba i dowiem się czegoś więcej. Porozmawiam też z nim. Jutro wrócimy i ustalimy co dalej. Trzymajcie się.
            Rozłączył się, nim Alma zdążyła coś powiedzieć. Zbliżył się do nas, przepraszając. Książkę o sentymentach trzymał blisko piersi, jakby się bał, że zaraz ją zgubi albo ktoś ją ukradnie.
            - Co się stało? Alma brzmiała na spanikowaną – zauważyłem.
            - Zgadza się. Przed moją Kamienicą pojawił się nowy wilkołak z Chorwacji. Lovro. Jest chory i bredzi coś o SALIGIA.
            - Co?!
            - Spokojnie. Zajęły się nim Raisa i Joanna. Pomogą mu.
            - Co on tam robi?
            - Najprawdopodobniej został zaatakowany przez SALIGIA, a potem, jakimś sposobem, znalazł się pod moją Kamienicą…
            - Pakujesz się w wielkie kłopoty Jonatanie. – Usłyszeliśmy. Z piwnicy wyszedł Jakob, poprawiając krawat. Właśnie wybierał się na cmentarz. Spojrzał z niechęcią na czarną książeczkę. – SALIGIA to nie przelewki. Zwłaszcza, jeżeli to, co mówiłeś, jest prawdą.
            - Wiem, Jakobie. Ale to pozwala mi zająć myśli. – Jonatan uśmiechał się. – To daje mi wolność.
            - Rozumiem… - Pokiwał głową. – Na pewno nie chcecie iść z nami? – zapytał. – Wbrew pozorom zmarli są całkiem żywi.
            - Wybacz. Mamy obowiązki.
            - No tak, rozumiem – westchnął. – Lilia się wami zajmie. Później mogę wam pomóc. Aleksandrze, ruszajmy.
            - Tak. – Skinął głową.
            Nekromanta opuścił budynek razem ze swoim sługą. Na zewnątrz panowała już ciemność.
            - Mówiłeś, że jest innym nekromantą – powiedziałem. – Nie znam się, ale… Nie wygląda na kogoś, kto chce pokonać śmierć. Celem nekromantów jest pokonać śmierć, prawda?
            - Jak mówiłem, Jakob Rätsel ma inny cel. Inne powołanie. – Jonatan spojrzał na mnie z uśmiechem. – On nie chce być nieśmiertelny z powodu strachu przed śmiercią. On chce być nieśmiertelny, bo kocha życie.
            Zamrugałem oczami.
            - Naprawdę?
            - Tak. Jak chciałem sobie je odebrać, zabrał mnie do więzienia w trakcie wojny. Pokazał mi, jaki mam dar. Zrezygnowałem z samobójstwa. Ale zapragnąłem być śmiertelny. Jak oni.
            Obrócił się na pięcie.
            - No dobrze, ruszajmy. Muszę przeczytać tę książkę nim nastanie ranek.
           
***

            Kuna zatrzymała się raptownie. Spojrzała w niebo, które było kompletnie odsłonięte. Ani jedna chmura nie przeszkadzała jej w patrzeniu na gwiazdy. Tysiące jasnych punktów lśniło na ciemnym niebie.
            Vanko podszedł do niej, unosząc brew.
            - Kuno?
            - Coś mi się nie podoba – powiedziała. – Ktoś coś odkrył.
            - Ech, uwielbiam te twoje wróżby. – Vanko pokręcił głową. – Ktoś, gdzieś, kiedyś umrze….
            Kuna spojrzała na niego ze złością. Zamrugał oczami i zaśmiał się.
            - Oczywiście, żartuję… - Uniósł dłonie w geście poddania. – To co cię niepokoi?
            - Ktoś nas śledzi. Nie tutaj – dodała, gdy się rozglądał dookoła. – Ktoś usilnie próbuje odkryć nasze pochodzenie…
            - Hę? Pochodzenie? – zapytał. – Przecież sssami go nie znamy! Obudziliśmy się tacy. Jesssteśmy wysssłannikami nicości. Mamy zadanie do wykonania. Gdy ssskończymy, znikniemy.
            Kuna nie wyglądała na przekonaną, ale skinęła głową.
            - Ruszajmy dalej, Vanko. Musimy dotrzeć jak najszybciej do Krakowa.
            - Sssłusznie.

***

            Noc na cmentarzu nie należała do najprzyjemniejszych doświadczeń mojego życia. Dostałem osobny pokój z widokiem na cmentarz rozjaśniony blaskiem świec. I chociaż gdzieś w tej ciemności teraz bawiły się duchy i nekromanta, nic nie słyszałem. Tylko tykanie zegara w innym pokoju.
            Mimo że leżałem na łóżku, nie mogłem zasnąć. Było całkiem wygodne, ale nie miało łapacza snów. Bałem się, że znów będę miał koszmary.
            Drzewa za oknem zaszeleściły, a mi po ciele przeszły ciarki. To było przerażające doświadczenie. Wpatrywałem się w ciemny sufit, wyobrażając sobie, jak z niego wychodzi blada postać.
            Przerażony przekręciłem się na bok.
            Niech to wszystko się skończy. Duchy, groby, nekromanci… Tego jest za dużo. Czy to jest właśnie ścieżka, którą dotrzemy do SALIGIA? Nawet jeżeli nam się uda, jaki w tym sens? Nie pokonamy ich, nie będąc w formie wilkołaków. Ale…
            Tym razem wiemy, czym są. Chociaż nie mieliśmy jeszcze stuprocentowej pewności, to nie mógł być zbieg okoliczności. Sentymenty. Właśnie to słówko szepnął wtedy elf. A więc cały czas byliśmy tak blisko. Wystarczyło postawić znak równości. Tylko… skąd mieliśmy to wiedzieć?
            Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem z niej czerwoną książeczkę. Ucałowałem ją, próbując kolejnych kilku słów, ale nic się nie stało. Książka Krisa dalej była zapieczętowana. Złote litery „Wilczy Gryz” połyskiwały w blasku dochodzącym z zewnątrz.
            - Dobranoc, Kris – powiedziałem. – Gdziekolwiek teraz jesteś.
           
***

            Musisz… Sali Snów… Moc… Oddałem ci… Nie mogę… Tomku… Spotkać… Zapamiętaj… Sala Snów…
            Obudziłem się gwałtownie, zrywając do siadu. Za oknem dalej było ciemno. Oddychałem ciężko, rozglądając się.
            - Kris…? – zapytałem.
            Jednak nikt mi nie odpowiedział. Miałem wrażenie, że słyszę jego głos.
            - Kris? – zapytałem ponownie, wstając z łóżka. Podszedłem do okna, za którym widziałem blask tysięcy zniczy. Sprawiały, że groby były bardzo dobrze widoczne. Uniosłem wzrok i obróciłem się szybko. W odbiciu szyby wydawało mi się, że ktoś za mną stoi. Z dudniącym sercem oceniłem jednak, że pokój jest pusty.
            Po chwili usłyszałem trzask drzwi i szybkie kroki. Jonatan wpadł bez pukania do mojego pokoju, zapalając światło. Z konsternacją stwierdził, że nie jestem w łóżku, ale przy oknie.
            - Nie spałeś? – zapytał.
            - Ja… Erm… - Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Jonatan pokręcił niecierpliwie głową.
            - To nieważne. Jakob wrócił, a ja przeczytałem książkę. Tomku. – Uśmiechnął się szeroko. – Zaczynamy polowanie na duchy.


________________________________________________________

            Pewnie nie było to wielkie zaskoczenie, gdy okazało się, iż Sentymenty to członkowie SALIGIA. Cóż… Starałem się, aby było choć trochę tajemnicy!

            Ponieważ polubiłem postać nekromanty, pojawi się jeszcze w kolejnym rozdziale. Mam nadzieję, że uda mi się go napisać całkiem szybko.

            A teraz kontynuujmy śledztwo w sprawie Sentymentów!



            Moja styrana Beta Was pozdrawia. Bardzo polubiła Vanko...!

            - Vanko *_*
            - Co z nim?
            - Zajebisty!
            - Bo jest psychopatą, który chce czuć ból, ale ponieważ nie może, to zadaje ból innym, aby zmusić ich do zadania mu większego bólu?
            - Zajebistyyyyyyyyyyy!

            A co Wy sądzicie o nowych antagonistach?

            Do poczytania!