20.09.2014







Ukryte Zakończenie



           Polana pokryta była śnieżnym puchem. Nietkniętym przez ludzką stopę, nie zamąconym przez silniejszy wiatr. Przyległ do ziemi, chowając każdy jej fragment. Dowodem tego, że jeszcze kilka godzin temu znajdowało się tu pole, były wystające, pojedyncze drzewa. O porzuconych liściach i zmarzniętych gałęziach. Wiatr bezlitośnie nimi poruszał, zmuszając do wzajemnego uderzenia się. Trzaski i syk wypełniały polanę wraz z hulającym wiatrem. Ciężko było określić porę dnia, bo grube, ciemne chmury na niebie zasłaniały szczelnie promienie słońca.
            Śnieżna pustynia rozciągała się od gór na południu, po las na północy. Zdawała się być czystą i nietkniętą granicą między dwoma światami.
            Ktoś postanowił tę granicę przekroczyć.
            Zza muru zmarzniętych drzew, o ośnieżonych korach wysunął się mężczyzna, ubrany cały na czarno. To była najgłębsza i najmroczniejsza czerń, która otacza człowieka, gdy jest samotny w lesie w bezksiężycową, pochmurną noc. Nie było nic bardziej przerażającego od tego mroku.
            Tajemniczy mężczyzna poruszał się spokojnym krokiem, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. Nie słychać było charakterystycznego skrzypienia śniegu pod jego krokami.
            Kimkolwiek był, nie był częścią świata żywych ani zmarłych.
            Stanowił jedyny czarny punkt na białej polanie. Wyglądał jak węgiel pozostawiony na śniegu. Gdyby byli tu jacyś świadkowie, kontrast czerni i bieli biłby ich po oczach.
            Wiatr załopotał szatą, przez co tajemnicza postać wyglądała jak cień wielkiego ptaka na ziemi. Peleryna była nienaturalnie długa, niepraktyczna do codziennego użytku. Wiła się za nim niczym ruchliwy wąż na białej karcie papieru.
            Zatrzymał się dokładnie pośrodku polany. Między lasem, a górami. Spojrzał na zachmurzone niebo, oceniając ile czasu jej zostało przed początkiem zamieci śnieżnej, która była nieunikniona.
            Uniósł ręce na wysokość głowy i obrócił się wokół własnej osi. Peleryna odczepiła się od jego szaty i opadła na ziemię, tworząc czarną kałużę materiału. Rozlała się po śniegu, niczym krople atramentu na pustej karcie, tworząc czarne żyły. Przypominało to korzenie drzewa.
            Przez chwilę nic się nie działo, aż materiał poruszył się i nie był to wpływ podmuchów. Tworzące się wzory przecinały się, łączyły, zawracały. Mężczyzna mamrotał pod nosem zaklęcie, dalej z uniesionymi rękami. Niewidzialny pędzel malował po śniegu czarną farbą, nadając bezkształtnej plamie więcej szczegółów.
            Z ust zakapturzonego wyrwał się okropny dźwięk, który brzmiał jak groźba śmierci. Rozdarł usta jeszcze szerzej, wydając z siebie zawodzenie kruka. Odgłos łączył się z wiatrem i podróżował daleko, rozsyłając bardzo złe wieści. Zwiastując, że zaraz wydarzy się coś bardzo złego.
            W tym czasie, łączące się czarne pasy i żyły, zaczynały przybierać kształt skrzydeł. Teraz mężczyzna stał w sercu mrocznego i czarnego kruka, który rozpościerał skrzydła na długość kilkunastu metrów. Z rozwartym dziobem i pazurami zagłębiającymi się w śniegu, wyglądał jak tatuaż na bladym ciele.
            Jego pióra poruszały się nieznacznie jakby był gotowy do odlotu.
            Kruczy śpiew dalej wirował po okolicy, ale nieznajomy już miała zamknięte usta. Nasilające się, ptasie odgłosy, dobiegały teraz z samego rysunku. Jedynie ktoś z lotu ptaka dostrzegłby precyzję i detale czarnego stworzenia.
            Mężczyzna wyciągnął zza pasa srebrny sztylet. Ściągnął skórzaną rękawicę i podwinął rękaw, ujawniając blade ciało. Widać na nim było wiele czerwonych blizn, zadanych przez cienkie, ale ostre narzędzie. Srebrne ostrze, gdyby tylko świeciło słońce, błysnęłoby, gdy mężczyzna uniósł je nad głowę.
            Bez wahania zatopił sztylet w ramieniu, wydając z siebie jedynie ciche jęknięcie, które już raczej było kwestią nawyku, aniżeli prawdziwym wyrazem bólu. Rozciął kawałek swojej skóry, tworząc ścieżkę dla czerwonego płynu. Opuścił dłoń, aby krew mogła spokojnie spłynąć z jego palców. Wystarczyło kilka kropel, aby kruk na śniegu rozdziawił dziób i wydał z siebie ogłuszający wrzask.
            Mężczyzna opuścił rysunek, obserwując jak czerwone krople jego własnej krwi przybierając dziwny, owalny kształt. Krwi zrobiło się dużo więcej, niż jej ofiarował. Zaczęła świecić na piersi kruka, tworząc jego własne serce. Rozjaśniło się szkarłatem, wystukało rytm, znany tak dobrze żywym istotom. Ot, biło serce.
            Mężczyzna, nie zważając na swoją ranę, uniósł wysoko dłonie, a kruk rozpostarł skrzydła, wystawił szpony, uniósł dziób.
            – O, strażniku tajemnic! – przemówił głosem, który był mieszaniną młodzieńczej werwy i starczej mądrości. – O, strażniku bram! Ten, który kradnie i oddaje! Odpowiedz na mój głos, przyjmij moje żądanie! Pozwól mi porozmawiać ze sługami królestwa Nawii!
            Serce w piersi kruka zabiło szybciej. Pulsujący szkarłat wsiąkł w czarną pierś, znikając jak statek na czarnym morzu. Po chwili jednak wrócił, na pięciu częściach kruka w postaci pięciu jarzących się punktów. Na szczycie uniesionego dziobu, na skraju rozpostartych skrzydeł, na końcach ostrych pazurów.
            Szkarłatne, pulsujące linie przecięły obrazek kruka, tworząc pentagram.
            Środek znajdował się dokładnie tam, gdzie zniknęło wcześniej serce stworzenia.
            Powietrze wypełnił zapach siarki i dźwięk gniecionego metalu. Mężczyzna nawet nie drgnął.
            – Widzę cię – powiedział głośno. – Nie ukryjesz się w mrokach.
            Powietrze eksplodowało, a on poczuł ciepłe uderzenie wiatru na swoim ciele. Po środku pentagramu pojawiła się blada zjawa. Zdawała się być tylko unoszącą się mgłą, ale blask szkarłatnych linii odbił się w czymś co przypominało pazury.
            – Jak śmiesz? – zapytała istota. – Jak śmiesz mnie wzywać? Zabiję cię! Zabiję!
            Mężczyzna cmoknął niecierpliwie.
            – To nie jest pierwszy raz jak słyszałem podobne groźby – odpowiedział zmęczonym tonem. – Jestem Krukiem. Zachowuj się.
            Zjawa zawyła przeciągle jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale coś jej stanęło w gardle i nie mogła tego wyrzucić z siebie.
            – Kruk? – powtórzyła w końcu, kończąc zawodzenie. – Kruk?! KRUK! Czego może chcieć ode mnie Kruk?!
            – Odpowiedz na moje pytania, a wrócisz skąd przybyłeś. To prosty układ. Zgadzasz się?
            Zjawa zamruczała, obnażając kły. Niepokojące połączenie tego co ulotne i tego co może zabić. Kruk nigdy nie lubił pertraktować z demonami. Przekomarzały się jak dzieci, należało odprawić tuzin formalności, a pytania trzeba było zadawać rozważnie.
            – Jakbym miał wybór, przeklęty nekromanto! – zawył. – Przedstaw się!
            Nekromanta westchnął ciężko.
            – Jakob Rätsel.
            – Kłamiesz! KŁAMIESZ! – syczała zjawa.
            – Nie musisz mi wierzyć.
            Demon wysunął wężowy język.
            – Jakob! Jakob… Jakob! Kruk lorda Welesa! Nekromanta!
            Rysunkowy kruk poruszył się niespokojnie. To znaczyło, że demon próbował przerwać pentagram, zagadując go. Nekromanta pstryknął palcami, rozchlapując odrobinę swojej krwi. Demon zawył boleśnie.
            – Próbujesz mnie oszukać, Nawii?
            Warknięcie było jedyną odpowiedzią.
            – Pytaj – syknął w końcu demon, a zapach siarki powoli przyprawiał o mdłości.
            Nekromanta zbliżył się do pentagramu. Bestia utkwiła w nim swoje żółte oczy. Z każdą minutą przestawał być jedynie niematerialną zjawą, a widocznym potworem o czerwonych łuskach.
            – Gdzie znajduje się Cmentarzysko Kruków?
            Demon na początku wyglądał na zaskoczonego. Następnie wybuchł głośnym śmiechem, który przypominał dźwięk lawiny kamieni toczących się po zboczu góry.
            – Co to za Kruk, który nie wie gdzie znajduje się Cmentarzysko?!
            – Wcześniej nie potrzebowałem tej informacji.
            – Próbujesz mnie oszukać, nekromanto? – zasyczał przyjemnie, ruszając się niecierpliwie wewnątrz pentagramu. Mężczyzna milczał, czekając na odpowiedź. – Grrrr… Grrrr! Grrrr! Cmentarzysko Kruków jest niedostępne dla fałszywych Kruków!
            – To nie twoja wola, aby decydować o mojej fałszywości. Odpowiedz na zadane pytanie.
            – Moja odpowiedź na nic ci się zda, głupcze! Cmentarzysko Kruków jest zamknięte! Nie można do niego sobie tak po prostu wejść! To tereny Kruków! To tereny pana Welesa!
            – Zdaję sobie z tego sprawę. – Ponownie pstryknął palcami, a demon znów zawył. – Nie próbuj żadnych sztuczek, bo zabiję cię z marszu. Jest tysiąc innych demonów, z którymi mogę sobie uciąć pogawędkę.
            – Śmiało! Wszystkie powiedzą ci to samo! Cmentarzysko jest zamknięte!
            Nekromanta oblizał wargi.
            – A co z Białym Krukiem?
            Demon zawahał się.
            – On… Może wejść do Cmentarzyska – przyznał powoli. – Ale Biały Kruk nie istnieje!
            – A więc nie istnieje, ale może wejść do Cmentarzyska?
            Demon zawył i pokręcił łbem. Jego czarci ogon trzasnął o kruczy obrazek.
            – Biały Kruk to legenda! Istnieją tylko Czarne Kruki! Powinieneś to wiedzieć, Jakobie Rätsel! Sam nim jesteś! Krukiem, nekromantą, śmierciołakiem...! Cmentarzysko Kruków jest zamknięte i tylko prawdziwe Kruki mają do nich dostęp! Tylko one i Biały Kruk!
            – Tyle chciałem wiedzieć. O dziwo, spisałeś się, Nawii. Biały Kruk może się dostać do Cmentarzyska Kruków bez wiedzy pozostałych.
                 Demon wyglądał na oburzonego, chociaż to nie opisywało do końca jego furii. Jeszcze raz próbował wyrwać się z pentagramu, aż cała ziemia zadrżała, a rysunek kruka poruszył się niespokojnie.
            – Oszukałeś mnie! Wykiwałeś mnie! Oszukałeś mnie! Wiedziałeś o Cmentarzysku Kruków! Chciałeś tylko informacji na temat Białego Kruka! Oszust! Zdrajca! Zabiję cię! Od teraz, na zawsze, będę w twoich koszmarach! Nie zaznasz spokoju w snach! Będę w każdym cieniu, w każdym śnie, w każdym momencie twojego bezwartościowego życia! Słyszysz mnie, Jakobie Rätsel?!
             To nie jest moje imię – przerwał mu nekromanta, unosząc dłonie. – Wracaj do Nawii, gdzie twoje miejsce!
            Pentagram rozbłysnął jasnym światłem, a demon wyciągnął ku nekromancie swoje pazury. Sekundę później wydał z siebie ryk, a następnie zniknął. Pozostało po nim tylko echo i cuchnący odór. Pentagram zamrugał szkarłatnym światłem i również zniknął, zalany przez czarnego kruka. Wszystko wróciło do normy. Wiał zimny wiatr, w powietrzu czuć było zapach zimy.
            Nekromanta założył rękawicę i machnął ręką. Ze śniegu poderwały się setki czarnych kruków, wyłaniających się z rysunku, który powoli znikał, w miarę jak kolejne ptaki zrywały się do lotu. Samotnego nekromantę otoczyły latające stworzenia, wypełniając powietrze dźwiękami ich skrzydeł i krakania.
            Mężczyzna sięgnął ponownie za pas, tym razem nie wyciągając sztyletu, a paczkę papierosów. Wyciągnął jedną sztukę i włożył do ust. Z pudełka wyjął czarną zapalniczkę i odpalił tę drobną przyjemność, nabierając dymu do płuc.
            – Co za farsa – ocenił, gdy kruki się rozleciały, nie pozostawiając po sobie żadnego dowodu przeprowadzonego tu rytuału.